Zdobyć Kazbek
zdobyc-kazbek

 

Od maleńkości uczyli mnie, że opowieść powinna mieć krótki wstęp, długie rozwinięcie i krótkie zakończenie. Trochę mi się pomieszało i wyszedł długi wstęp z krótką resztą, za co z góry przepraszam. Choć to portal o zmianach – zmieniać nie będę. Nie jest to opowieść o trekkingu. Nie jest to również opowieść o mnie, ani o moim przyjacielu zwanym potocznie Galatianem. O czym jest? Chyba o tym, co zechcesz z niej wziąć… 

5033 m n.p.m. Mieliśmy go nie zdobywać. Jechaliśmy bez raków, lin, czekanów. Taki lekki trekking z namiotem po Gruzji. Z tyłu głowy pracowało „a może by tak…”, ale wiedzieliśmy, że to niemożliwe. Usiedliśmy wygodnie w fotelu samolotu (z „wygodnie” może nieco się rozpędziłem), przynajmniej ja zdecydowanie „próbowałem wygodnie usiąść”, błagając Morfeusza by przygarnął mnie szybko w swoje objęcia, kiedy usłyszałem: w Kazbegi można wszystko wypożyczyć. Wszystko, znaczy co? Raki, czekany, liny, wszystko. W przyzwoitych cenach i w przyzwoitej jakości. I już wiedziałem, że spokojnego trekkingu nie będzie. Bang! Trudności? Jakie trudności? Tu się zmieni trochę plany, tam się nie pojedzie, to się dokupi, tamto wypożyczy. Głowa pracowała na wysokich obrotach. Da się zrobić! Będzie Kazbek! Będzie wisienka na torcie. Za niedoszłą do skutku wyprawę Żukiem do Armenii! Za cały rok przepychanek to tu, to tam! Wyprawa nabrała jeszcze większych kolorów.

Najpierw szybki trekking po Tuszetii. Tak na rozgrzewkę, żeby sprawdzić formę, rozgrzać nogi. Szczęście nam sprzyjało, przejazd poszedł sprawnie i już drugiego dnia ruszaliśmy z Omalo w trasę. Nogi pracowały niczym dobrze naoliwione tłoki. Płuca niczym miechy równo pompowały powietrze. Fakt, sapałem, ale też równo. Plecak leżał jak nigdy, góry czarowały kolorami zieleni a w głowie brzmiało „Góry moje, wierchy moje…” przeplatane z „będzie Kazbek, będzie Kazbek”. Galatian jak zwykle nieco z tyłu, ale to normalne, od dawna mamy umowę, że w bezpiecznej trasie każdy chodzi swoim tempem i czekamy na siebie. 

Niepokoić zacząłem się trzeciego dnia. Byłem w życiowej formie, ale u Galatiana skóra na pięcie zdarła się do mięsa, pojawiły pęcherze na palcach i w śródstopiu, tempo spadało.

Zaczęło do mnie docierać, że Kazbeku może nie być. I góry nie były już takie kolorowe. Nadal piękne, ale przestały być wstępem do wyższych szczytów. A w głowie tłukło się: tyle starań, czekania, przygotowań (tak, tak, pamiętam, że pomysł zakwitł dopiero w samolocie), wszystko na nic. Pojawiła się złość. Złość na to, że zawsze jest pod górkę, na straconą okazję (to nic, że jeszcze nie była stracona). Pojechaliśmy wprawdzie do Kazbegi, ale wchodziłem pod górę z myślą, że wrócimy przy lodowcu. Wchodziłem walcząc z żalem, licząc chyba na cud. Nogi nadal pracowały, ale już bardziej dla przyzwoitości. Przyznam, pojawiało się w głowie: może spróbować podejścia z inną grupą?

Nagle dotarło do mnie, że to tylko moja decyzja.

Przecież nikt mi nie może zabronić. Ja decyduję: idę czy zostaję. Na kogo więc się złoszczę? Na los? Na przypadek? Na gorszą formę towarzysza? A może to są tylko preteksty, które pozwalają mi oddalać podjęcie trudnej decyzji? I zmierzyć się z jej konsekwencjami? Może wbrew pozorom prościej się wkurzać? 

Siedząc na przełęczy, patrząc na szczyt Kazbeku, wyobraziłem sobie siebie na górze. Samego. I zrozumiałem, że wisienka przysłoniła mi tort. Chcę tam być, ale nie tak. Niepotrzebny mi kolejny zaliczony szczyt. Nie tak. Co innego jest ważne…

Maciek dotarł do przełęczy. Zauważył, jak tęsknym wzrokiem patrzę na szczyt i zaproponował: „Idź. Poczekam na dole”. A ja wiedziałem, że będziemy pili wieczorem wino na dole, śmiejąc się i planując co dalej. Góra przestała być ważna w tym momencie. Niby nic się nie zmieniło, ale wino było smaczniejsze.

Można zadać wiele pytań. Co jest dla Ciebie ważne? Co jest Twoim prawdziwym celem, a co wisienką? I za czym gonisz? Po co Ci inni? Nie ma dobrych i złych odpowiedzi. Jedni pójdą, inni zostaną. Jeszcze inni będą się złościć. To są zawsze Twoje decyzje.

Zdobycie Kazbeku nadal jest moim celem. Celem, w którym na zdjęciu ze szczytu będzie nas przynajmniej trzech…

Fot. Rafał Kozubek (Wikimedia)

Tagi

podróże emocje czas wolny wartości przyjaźń

Opublikowano: 2014-11-11

Zobacz inne artykuły w kategorii Motywacja »

Podziel się na Facebooku

 

Przeczytaj również

przeprowadzilem-sie

Przeprowadziłem się

Wielka mi rzecz. Tysiące ludzi to robi. Za chlebem, za wodą, a czasem po prostu nad wodę. Mój powód był i jest blondwłosy i długonogi. I zdecydowanie wart przeprowadzki.

czytaj dalej »

nikogo-nie-mam-czy-cos-jest-ze-mna-nie-tak

Nikogo nie mam - czy coś jest ze mną nie tak?!

Większość z nas odczuwa potrzebę bycia w związku. Nic dziwnego. Posiadanie stałego partnera wiąże się z wieloma zaletami. Czy jednak tylko bycie w związku może nam pozwolić na bycie w 100% szczęśliwym i spełnionym człowiekiem? Czy istnieją jakieś zależności, dla których jedni z nas bez problemu wchodzą w kolejne związki, a inni przez lata nikogo nie mogą znaleźć?

czytaj dalej »

o-tym-jak-sztywni-usztywniaja-elastycznych

O tym, jak sztywni usztywniają elastycznych

Kilka miesięcy temu mój syn namówił mnie na założenie mu serwera Minecraft. Zakładam, że szczęśliwi posiadacze dzieci w wieku komputerowym doskonale wiedzą, co się za tą nazwą kryje.

czytaj dalej »

 


 

                                                                                                                   

Piszą dla nas

 

 

Zmiany w Życiu. Wszelkie prawa zastrzeżone ® 2014-2015
Publikacje zamieszczone na stronach zmiany w życiu.pl są chronione prawami autorskimi. Dalsze rozpowszechnianie tekstów i zdjęć opublikowanych w Zmiany w życiu.pl w całości lub w części wymaga uprzedniej zgody wydawcy.
Photos Powered by Shutterstock.com
Wykonanie Agencja Kreatywna PONG, projekt graficzny Adrian Rudzik
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza akceptację polityki cookies.