Każdego dnia spotykamy wielu ludzi. W dużych miastach mijamy ich tysiące, z niektórymi wchodzimy w interakcje. Musimy załatwić coś w banku, w punkcie usługowym, w biurze notarialnym, zrobić zakupy w sklepie, kupić bilet w kiosku, zamówić sałatkę i kawę w restauracji, ustalić ważne sprawy ze współpracownikami, odebrać telefony od kontrahentów lub klientów, wysłuchać własnych dzieci i członków rodziny. Każdego dnia spotykamy wielu ludzi i czy chcemy czy nie, ich zachowanie i postawa wobec nas w jakiś sposób wpływają na nasze samopoczucie. Mądrzy i uczeni próbują nas przekonać, że tak być nie powinno, że możemy sami kontrolować swoje emocje, a to, czy dzień minie nam dobrze czy źle, zależy wyłącznie od naszych myśli i pozytywnego nastawienia. Nie neguję badań i nauki, ale jako zwykły człowiek wiem jedno – każde spotkanie z pozytywnym, wartościowym człowiekiem daje mi zastrzyk energii na kolejne godziny. A każde spotkanie z człowiekiem ponurym lub złośliwym powoduje lekki niepokój i ukłucie w sercu, nawet jeśli później próbuję to wrażenie zatrzeć, pomyśleć o czymś przyjemnym, wytłumaczyć sobie, że może ten ktoś miał gorszy dzień.

Zastanawiam się często, dlaczego tak mało się uśmiechamy. Dlaczego ktoś, kto rozsyła na ulicy uśmiechy, uważany jest z góry za niegroźnego wariata? Codziennie na klatce schodowej spotykam sąsiadów z różnych pięter, kojarzę ich z twarzy lub nie, ale stale szukam odpowiedzi na pytanie – dlaczego większość z nich nie mówi „dzień dobry”? Co więcej, dlaczego tak wielu z nich nawet nie odpowiada na moje powitanie? Dlaczego nie reagują ani dzieci, ani ich rodzice? Blisko miejsca, w którym jestem zatrudniona, jest sklep spożywczy. Pracuje w nim pani, która nie odpowiada ani na „dzień dobry”, ani na „dziękuję”, ani na „do widzenia”. Za każdym razem burczy coś pod nosem i wysyła złowrogie spojrzenia. Dla kontrastu, kilkaset metrów dalej znajduje się popularna piekarnia. Kolejki są tu na porządku dziennym, trzeba odstać swoje, by kupić świeży chleb. Pracuje w nim pani, która wydaje towar, nucąc radosne melodie i życząc wszystkim miłego dnia. Zawsze z uśmiechem. Poznaje stałych bywalców, pamięta co zazwyczaj kupują, między kajzerką a drożdżówką pyta o zdrowie i przesyła pozdrowienia dla syna klientki.

Jest w Warszawie cichy bohater – Wesoły Kierowca autobusu miejskiego. Nie wykonuje najbardziej fascynującej pracy świata, ale robi to z wielkim zaangażowaniem, w sposób, który rozjaśnia smutne twarze w pochmurne dni. Pan Robert już od kilku lat komunikuje się z pasażerami, witając ich przez mikrofon, żartując, zachęcając młodych do ustępowania miejsca starszym, namawia ludzi do konwersacji, do otworzenia się na siebie nawzajem. Potrafi nawet na światłach pokazać skrzywionemu kierowcy stojącego obok samochodu osobowego tabliczkę z napisem: „Uśmiechnij się”. Miałam przyjemność jechać z nim przez przypadek trzykrotnie i trudno było mi uwierzyć, że takie zwyczajne, niewielkie z pozoru gesty potrafią zjednać ludzi, sprawić, że patrzą na siebie przychylniej, ich twarze łagodnieją. Byłam zaskoczona, gdy przeczytałam jakiś czas później, że wielu jego kolegom z pracy bardzo się ta postawa nie podoba…

Nie każdy z nas wykonuje pracę marzeń, ale każdy z nas ma wybór – może ją zmienić na inną lub zaakceptować ten fakt, wykonywać ją dobrze i nie karać innych za własne życiowe decyzje. W czasach, gdy dookoła tyle ponuractwa i negatywnych emocji, staram się doceniać ludzi, którzy potrafią dać od siebie coś więcej. Panią w urzędzie, która bez zniecierpliwienia pomaga petentom wyjaśnić różne niejasności, pana ochroniarza w biurze, który jako jedyny z wielu otwiera mi z uśmiechem drzwi, zawsze życząc dobrego wieczoru, czytelników bloga, którzy lawinowo zaoferowali mi pomoc, gdy zostałam okradziona w Brukseli, mimo że jestem dla nich obcą osobą, panią, która wysiadła z autobusu tylko po to, by zaprowadzić mnie w miejsce, którego szukałam. Kiedy byłam latem w Łodzi, na ławce siedział schludny mężczyzna z kartką informującą, że szuka towarzysza do rozmowy. Minęłam go, obiecując sobie, że wrócę, ale później był już zajęty rozmową z kimś innym. Żałuję. To takie proste, a zarazem bardzo budujące, bo często uciekamy cichaczem, gdy ktoś obcy na ulicy lub w autobusie zagada nas na temat inny niż pogoda. Miewam gorsze dni, zdarza mi się niestety zachować wobec drugiego człowieka nie do końca tak, jakbym sobie tego życzyła. Źle się później z tym czuję, bo staram się żyć zasadą, by innych traktować tak, jak samemu chciałoby się być traktowanym – z szacunkiem, zrozumieniem i pogodą ducha. Gdybyśmy wszyscy starali się każdego dnia, to bez wielkiego wysiłku świat stałby się chociaż trochę lepszy.

Poprzedni artykułDziel się dobrem
Następny artykułRodzic doskonały nie istnieje
Kim jestem i co robię: Miłośniczką Portugalii, która nie umie usiedzieć w miejscu. Pracuję na etacie, a każdą wolną chwilę wykorzystuję na podróże, prowadzenie bloga cale-zycie-w-podrozy.blogspot.com  z relacjami z wyjazdów i zachęcanie ludzi do poznawania Europy. Marzę, planuję, realizuję. Dlaczego tu jestem? Bo wierzę, że życie jest podróżą a sama droga jest ważniejsza niż cel. Uważam, że stale musimy się rozwijać. Chcę pisać o pięknych miejscach, ale też ludziach spotkanych w podróży, smakach świata i o tym, że nasze życie zależy od podejmowanych przez nas każdego dnia małych decyzji. Z czego jestem dumna w moim życiu? Z kilku pięknych marzeń chorych dzieci, które udało mi się spełnić, ponieważ przebywając z nimi zrozumiałam, co jest naprawdę ważne. A także z tego, że mam odwagę mówić na głos, czego od życia chcę a czego nie. Moje słabości: słomiany zapał w wielu kwestiach i ciągle kiepska organizacja czasu. Mój sprawdzony sposób na zły nastrój: dobry film, długie spacery i szukanie tanich biletów lotniczych  Największa zmiana w moim życiu: Ciągle coś zmieniam i modyfikuję, szukając własnej drogi. Nie umiem wskazać tej największej. Miejscowość: Warszawa

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here