Kiedy miałam 18 lat, brakowało mi pomysłu na siebie, na przyszłość. Wiedziałam, że za chwilę matura, ale nie miałam wizji – co dalej. Nie chodzi nawet o wybór kierunku studiów, a o to, co powinnam w życiu robić, jak sprawić, by miało ono jakiś głębszy sens. W ostatniej klasie liceum pojechałam na międzynarodowe spotkanie dedykowane młodym ludziom. Brałam udział w ciekawych warsztatach. Po raz pierwszy zetknęłam się wtedy z osobami, które nie żyją tylko dla siebie, ale też dla innych – z wolontariuszami. Niektórzy działali na rzecz młodzieży zagrożonej wykluczeniem społecznym, inni pomagali imigrantom z podmiejskich slumsów. Opowiadali nam o swojej działalności, o tym, co im ona daje. Poczułam, że to jest to, czego szukałam, pomyślałam, że nie jest filozofią wstać rano, prześlizgnąć się przez dzień, nie podejmując żadnych wyzwań czy myśląc tylko o własnej wygodzie. Wróciłam do Polski, zdałam egzaminy, po wakacjach rozpoczęłam studia, a w międzyczasie zaczęłam się zastanawiać, komu mogłabym pomóc.

Trafiłam w końcu na spotkanie fundacji spełniającej marzenia chorych dzieci. Byłam bardzo młoda, nie miałam pojęcia, na co się piszę. Doskonale pamiętam pierwszą wizytę na oddziale onkologii Centrum Zdrowia Dziecka. Weszłam pewnym krokiem, a wizytę zakończyłam po 45 minutach w toalecie, zanosząc się histerycznym płaczem. Nie byłam gotowa na to, co zobaczyłam, postanowiłam jednak, że nie zrezygnuję. To była najlepsza decyzja w moim życiu i najważniejsza lekcja, jaką odebrałam. Żadna szkoła nie nauczy tego, czego nauczyłam się, spotykając z chorymi dzieciakami – odwagi, wytrzymałości psychicznej, empatii, odpowiedzialności. Noszę w sercu każdego Marzyciela. Moi podopieczni byli niewiele młodsi ode mnie, dopiero poznawali świat, mieli swoje pasje, plany, na drodze których stanęła ciężka choroba. W ciągu kilku miesięcy zrozumiałam, co w życiu ma wartość: zdrowie; przyjaciele i ludzie, na których można liczyć; uśmiech i podanie ręki; dobre słowo w ciężkich chwilach; świadomość, że nie jesteśmy sami. Miałam szczęście, bo trafiłam na cudownych nastolatków, mających piękne i sprecyzowane pragnienia. Rozmowy z nimi i ich rodzicami, wspólnie spędzony czas na oddziale i poza nim, świadomość, że dzięki mnie ktoś może na chwilę zapomnieć o sytuacji, w której się znalazł, są czymś bezcennym. Kiedy znajomi biegali na imprezy, ja po uczelni pędziłam na drugą stronę Warszawy do Marzycieli, którzy przyjechali akurat na kolejną chemię. Wiele osób mnie nie rozumiało, ale nie myślałam o tym.

Po 8 latach pamiętam wszystko. Jak ocierałam łzy wzruszenia, wracając z D. z Londynu. Jak trzęsłam się z nerwów, nie wiedząc do ostatniej chwili, czy z M. dostaniemy zgodę na wyjazd do Mediolanu na mecz Ligii Mistrzów. Jak M. cieszyła się, gdy pojechała na plan ulubionego serialu, a jej ukochana aktorka zaprosiła ją wieczorem do teatru. Jak D. dostał sprzęt, na którym mógł tworzyć własną muzykę. Jak P., sam będąc bardzo słaby, tulił przed snem malucha, którego rodzice zostawili, gdy zachorował. Jak z M. i Jego mamą spacerowaliśmy po Łazienkach, ciesząc się promieniami wiosennego słońca. Małe radości, które dla kogoś mogą znaczyć tak wiele. Wcześniej nie myślałam o tym, jakim  szczęściem jest móc wstać rano i iść do pracy, nie mówiąc o zwykłym wyjściu z czterech ścian. Dla niektórych to nieosiągalne marzenie.

Nigdy nie zapomnę chwili, gdy pierwsze dziecko odeszło. Nagle. A za nim kolejne. Czułam, że tracę grunt pod nogami, że świat się sypie. Waliłam pięścią w ścianę, krzycząc, że nie ma sprawiedliwości. Bo nie ma. To była kolejna lekcja – o tym, że liczy się tylko tu i teraz, że nie mają żadnego znaczenia dobra materialne i fikcja, jaką media próbują nam wcisnąć. O tym, że mamy być piękni, młodzi i bogaci, że musimy pędzić, zarabiać i kupować. W oczach przeznaczenia jesteśmy równi, nikt nie wie, co będzie jutro. Wolontariat mnie zmienił. Szybciej dorosłam, zmienił się mój sposób postrzegania życia i śmierci. Żyję świadomie, starając się nie marnować danego mi czasu. Dziękuję każdego dnia za to, że otworzyłam oczy. Gdyby nie moje dzieciaki, ich walka i siła, nie byłabym dziś tym, kim jestem. Wydawało mi się kiedyś, że wolontariat polega na tym, że to my coś dajemy, że jest to bardzo jednostronne. Teraz jestem pewna, że dostałam o wiele więcej, niż mogłam nawet przypuszczać. 

Fot. Agnieszka Kuczyńska

Poprzedni artykułPaweł Fortuna. Z porażką w roli głównej
Następny artykułSpotkanie z Anthonym Robbinsem 20-22 marca 2015
Kim jestem i co robię: Miłośniczką Portugalii, która nie umie usiedzieć w miejscu. Pracuję na etacie, a każdą wolną chwilę wykorzystuję na podróże, prowadzenie bloga cale-zycie-w-podrozy.blogspot.com  z relacjami z wyjazdów i zachęcanie ludzi do poznawania Europy. Marzę, planuję, realizuję. Dlaczego tu jestem? Bo wierzę, że życie jest podróżą a sama droga jest ważniejsza niż cel. Uważam, że stale musimy się rozwijać. Chcę pisać o pięknych miejscach, ale też ludziach spotkanych w podróży, smakach świata i o tym, że nasze życie zależy od podejmowanych przez nas każdego dnia małych decyzji. Z czego jestem dumna w moim życiu? Z kilku pięknych marzeń chorych dzieci, które udało mi się spełnić, ponieważ przebywając z nimi zrozumiałam, co jest naprawdę ważne. A także z tego, że mam odwagę mówić na głos, czego od życia chcę a czego nie. Moje słabości: słomiany zapał w wielu kwestiach i ciągle kiepska organizacja czasu. Mój sprawdzony sposób na zły nastrój: dobry film, długie spacery i szukanie tanich biletów lotniczych  Największa zmiana w moim życiu: Ciągle coś zmieniam i modyfikuję, szukając własnej drogi. Nie umiem wskazać tej największej. Miejscowość: Warszawa

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here